Ja, Dorota

Ja Dorota - Ironman Kopenhaga

Dzień dobry,

Mam na imię Dorota i z dumą mogę powiedzieć, że spełniłam jedno z moich największych marzeń – ukończyłam IRONMENA (3,8 km pływania, 180 km roweru oraz 42 km biegu).

Moja przygoda ze sportem (w życiu dorosłym) zaczęła się niedługo po urodzeniu trzeciego dziecka, w 2016 r. Zaczęłam biegać z Łomiankowską Grupa Biegową. Na początku były to skromne dystanse – 3 km, potem 5, aż w końcu udało mi się przebiec 10 km i więcej. W grupie poznałam wspaniałych ludzi, z którymi doskonale bawiliśmy się, rozwijając wspólną pasję i wzajemnie motywując do kolejnych wyzwań.

Przez kolejne 3 lata trwała moja przygoda z bieganiem, powoli realizowałam coraz bardziej ambitne cele, półmaraton, biegi górskie… aż któregoś dnia koleżanki wpadły na pomysł startu w triathlonowej sztafecie, ze mną w roli pływaka. Niestety nie udało nam się tego pomysłu zrealizować, ale przecież nie wszystko stracone – mamy czas. Niemniej był to impuls do postawienia przed sobą nowego zadania.

TRIATHLON

W 2018 roku zadebiutowałam w traithlonie, były to trzy starty, przy czym ostatni, na zakończenie sezonu, wydawał się szalonym, wręcz kosmicznym wyzwaniem – 1/2 IM. Od początku prowadził mnie Paweł, mówił: ” będzie grubo ale damy radę…” no i było grubo, ale i daliśmy radę. Podbudowana tym osiągnięciem, podjęłam jeszcze bardziej szalone wyzwanie

IRONMAN

W 2019 r. nie mogło wyjść inaczej jak pełny dystans IM.

Paweł wybrał Kopenhagę, bo tam miało być „miło i łatwo”. Na szczęście w tym szaleństwie nie byłam sama – Agnieszka okazała się tak samo postrzelona jak ja i zapisała się wraz ze mną. Pełna zapału przystąpiłam do treningów pod ten dystans. Niestety, ze względu na dzieci i firmę, którą prowadzę, trudno było wykroić czas niezbędny do zrealizowania pełnego planu treningowego. Udawało mi się jednak robić weekendowe treningi (często 6-7 godzinne) bo wiedziałam, że są one najważniejsze i dzięki nim zbuduję niezbędną wytrzymałość.  Triathlon stał się nie tylko moją pasją, ale i odskocznią od codzienności. Cel jaki sobie wyznaczyłam utrzymywał mnie w ciągłej mobilizacji i nie pozwalał odpuszczać. Z podziwem czytałam biografie i oglądałam filmy o ludziach którzy pokonywali IRONMANA i czekałam na swój start, a, że czas szybko leci, dzień ten nastał bardzo szybko.

KOPENHAGA

Do Kopenhagi wyruszyliśmy w czwartek. Pojechali ze mną moja córka Zuzia i Paweł – trener. W piątek doleciała Agnieszka. Bałam się bardzo niesprzyjającej pogody, od kilku dni prognozy były bardzo niepomyślne – cały dzień deszcz i wiatr około 40 km/h. Na szczęście prognozy nie sprawdziły się, wiatr był znacznie łagodniejszy, a deszcz pojawił się dopiero na etapie biegowym.

 

Wracając jednak do kolejności zdarzeń – w dniu startu obudziłam się bardzo wcześnie, bo o 4 rano przypomniało mi się, że nie umyłam bidonu, a ostatni raz używałam go 3 tygodnie temu. Myśl jak musi pachnieć nie dawała mi dospać Spokojnie zjadłam śniadanie, spakowałam niezbędne do startu rzeczy i w drogę. Wszystko wydawało się pod kontrolą i byłoby świetnie gdyby nie okazało się, że zapomniałam o chipie, po który musiałam szybko wracać. Szczęście, że Aga wykazała się czujnością i zapytała o niego w połowie drogi ☺ Na szczęście zdążyłam na czas.

Szybka rozgrzewka w wodzie, uścisk mocy z Agą i ruszyłam do swojej strefy błękitnych czepków. Przed startem organizatorzy puścili Guns and Roses – jeden z moich ulubionych kawałków – dało mi to potężnego kopa – ruszyłam. Woda ciepła, nie za słona, słońce – bardzo przyjemne pływanie, z nawigacją nie było problemów, trasa prowadziła wzdłuż zatoki. Tłok umiarkowany, bywały drobne zwarcia, ale czułam się zrelaksowana i pewna siebie więc nie wytrącały mnie one z rytmu. Po 1:13 wyszłam z wody, co oznacza tempo 1/56 Chociaż był to najdłuższy dystans jaki przepłynęłam na zawodach to jednocześnie udało mi się go pokonać
w najwyższym średnim tempie pośród wszystkich moich startów.

Ironman Kopenghaga - Ja Dorota

W miarę szybka zmiana bez komplikacji i ruszyłam na rower. Pierwsze kilometry prowadziły po Kopenhadze, dużo zakrętów, trudno było się rozpędzić. Po około 10-ciu kilometrach ukazało się morze i piękna trasa dzielnicą willowa wzdłuż morza, trochę górek, a potem jazda pomiędzy polami i wioskami. Wiatr był umiarkowany, przyjaźnie powiewający w plecy.
Wszystko układało się bardzo dobrze, aż do 120 kilometra gdy poczułam ból w kolanie. Dziwny, nieznany do tej poty ból. W tym momencie postanowiłam oszczędzać lewą nogę bo w głowie miałam, że czeka mnie jeszcze maraton. O ile na rowerze da się jechać cisnąć głównie jedną nogą to biegać na jednej nodze raczej trudno. Trasę rowerową pokonałam w 6 godzin 04 minuty (średnia prędkość 29,70 km/h). Również jedna z wyższych prędkości w mojej triathlonowej „karierze”. Na szczęście gdy zeszłam z roweru ból minął…

…. aż do 20-tego kilometra biegu. Kolano o sobie przypomniało, ale ból nie był aż tak uciążliwy by przerwać bieg. Za to zaczęło robić się gorąco, zmęczenie powoli narastało, kolano ćmiło, a tu jeszcze wysoka temperatura, zapowiadało się nieciekawie. Znowu jednak fart – niespodziewanie zaczęło padać. Uwielbiam biegać w deszczu, a pojawienie się deszczu w tym momencie było jak wybawienie! Na biegowy odcinek miałam cel – nie zatrzymać się, nie przejść do marszu i udało mi się! Ostatnie 3 km chyba przefrunęłam bo nie pamiętam już żadnego bólu i zmęczenia,☺ a gdy wbiegałam na metę usłyszałam po polsku: “JESTEM Z
CIEBIE DUMNA!!!”- To Zuzia! Cudowne dla mamusi przeżycie, móc dzielić z córką radość z wielkiego dokonania. Prawie 4 i pół godziny biegania po Kopenhadze pozwoliło mi całkiem dobrze zwiedzić stolicę Danii – to tak na marginesie sportowych poczynań.

Mimo zmiennej pogody kibiców w Kopenhadze nie zabrakło. Na każdej ulicy tańczyli, śpiewali, krzyczeli. Przy takim dopingu siły wracały! Na trasie byli oczywiście też Zuzia i Paweł. Wcale im nie zazdroszczę, tyle godzin w deszczu, pomagali nam i kibicowali. Nie wiem jak Paweł to robił, ale był wszędzie!

Emocje jakie mi towarzyszyły tego wieczora – nie do opisania – wraz z Agnieszką jeszcze na mecie padłyśmy sobie w ramiona w jakimś szale radości, zrobiłyśmy TO ☺ . I tak zostałam IRONWOMEN!!!!

EPILOG

Jak widać, nawet pozornie absurdalne wyzwania są do osiągnięcia, trzeba tylko bardzo chcieć i być konsekwentnym. Jestem tego najlepszym przykładem. Przygoda życia za mną, a przede mną nowe wyzwania i plany. Aż boję się swoich kolejnych pomysłów 🙂

Do widzenia.


Dorota Chudzik | brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polecane artykuły

Pech i szczęście w jednym – Ironman Tallinn

Ironman Tallin

Ironman Austria okiem supportu

ironman austria

Kanio, you are an Ironman!