Pech i szczęście w jednym – Ironman Tallinn

Ironman Tallin

Dla każdego kto się boi, dla każdego kto ma wątpliwości i dla każdego kto chce coś sobie udowodnić… Tak, to jest możliwe, wystarczy tylko wyłączyć myślenie. Około 5 lat temu zobaczyłem po raz pierwszy na You tube’ie krótki film pt: “Anything is possible”. Wtedy właśnie po raz pierwszy dowiedziałem się o triatlonie na dystansie Ironman’a. Na tamtą chwilę Ironman wydawał się dla mnie żartem lub czymś po prostu niemożliwym. Trzy lata później, wspólnie z Pawłem (trener), spróbowałem swoich sił na kilku zawodach na dystansie 1/2. Okazało się, że nie jestem aż tak fizycznie słaby (na WF w szkole zawsze byłem przeciętniakiem :D). Któregoś razu, wspomniany już trenejro zaproponował mi, że skoro następny rok będzie ostatnim, w którym będzie możliwość spróbowania sił na “calaku” i zdobycia slota na Mistrzostwa Świata w kategorii M18-24, to straszliwą głupotą będzie nie spróbować. Jak się pewnie domyślacie, “klamka zapadła” :). Szybki przegląd dostępnych startów i… wybór padł na Tallinn. Tam będzie chłodno, więc szanse rosną, czemu nie!!

Plan był taki: Do Tallinn’a wyjazd we wtorek. W środę nocleg w Augustowie. Czwartek – czas na zwiedzanie. Piątek odbieranie pakietów i wstawianie rowerów, a w sobotę start. I zaczęło się. Noc z wtorku na środę spędziłem w szpitalu pod kroplówką zwijając się z bólu żoładka. Wszystkie badanie wykonane, diagnoza – “nie wiadomo”. Stres? Złe jedzenie? Do teraz nie wiem, w każdym razie przeżyłem. I tu – każdemu kto szykuje się do podobnego wyzwania, polecam książkę Davida R. Hawkinsa “Siła czy moc”. Autor w jednym z działów, w dużym skrócie, pisze o tym, jak wszelkie cele związane z dumą osłabiają nasze mięśnie, a jak te wyniosłe, jak choćby sama chęć startu, z uwagi na przekraczanie swoich słabości nas wzmacnia. Resztę dni przedstartowych spędziłem na odbudowaniu się i jedzeniu węgli – ile tylko da radę. W piątek, dzień przed startem, kolejna niespodzianka. Okazało się, że ze względu na zbyt niską temperaturę wody w Bałtyku (11*C) organizator zdecydował się przenieść etap pływacki do jeziora oddalonego o około 10 km. Początkowe zdenerwowanie szybko ewoluowało do radości, pływanie w jeziorze jakby nie było jest zawsze łatwiejsze, słodka woda i bez fali.

Ironman Tallinn

Sobota, dzień startu.
Pobudka o 4:00. Szybkie śniadanie i kawa, około 700 kcal. Jedziemy na start. Atmosfera całkiem miła, nieporównywalna do zawodów w Polsce. Ustawiam się możliwie jak najbardziej z przodu. W planach mam szukanie nóg szybszych pływaków. 3,2,1 start, ruszam. Płynie się całkiem spokojnie, zupełnie bez pralki. Cały czas staram się nie podpalać, każdy ruch możliwie jak najspokojniej. Z wody wychodzę na zupełnym luzie, szybki wgląd na zegarek, czas około 1:08, tyłka nie urywa ale może być, to przecież dopiero początek.

Na rower wskakuję dość sprawnie. Zaczyna się dramat. Po ujechaniu 500 m łapię gumę. Tylko nie to, myślę sobie. Ale spokojnie, pamiętaj, jesteś tu tylko po to, aby ukończyć.. Wołam stojących niedaleko wolontariuszy, że potrzebuję nowego koła. Trwa zamieszanie, nie wiedzą co robić, po chwili podbiega do mnie jeden z nich i mówi, że muszę iść w stronę mety, a w moją stronę wyjdzie ktoś z nowym kołem. Po chwili znajduje mnie młody człowiek biegnący z kołem, szybka zmiana i ruszam. Straty wyniosły około 20 minut. Szczerze mówiąc od tego momentu rozpoczął się mój najtrudniejszy etap wyścigu. Wszystkie głosy podpowiadały mi żebym skończył. Ciężko było mi się podnieść, zupełnie zeszło ze mnie powietrze. No ale nic, znowu ta sama myśl, jesteś tu przecież tylko po to aby ukończyć. Rower mija bez większych przygód, dwa razy jestem zmuszony zatrzymać się na szybkie siku. Przez cały etap rowerowy jem specjalnie przyszykowane kanapki z chlebem tostowym, ketchupem i serem żółtym, zawinięte w folię aluminiową, czasem przeplatając je ze złapanym na punkcie odżywczym żelem lub batonem.

Ironman Tallin

Bieg rozpoczynam dosyć mocno. Jestem nawet w szoku jak dobrze się czuję. Do 20 km biegnę na zupełnym luzie, jakbym wyszedł na luźny trening. Schody zaczynają się na około 25km. Prawdopodobnie gazowana cola wywołała u mnie efekt wzdęcia, przez co każdy kolejny krok biegowy kończy się bólem podbrzusza. Od tego momentu do samego końca etapu biegowego zatrzymuję się około 6 razy w toalecie, za każdym razem rozbierając się prawie całkowicie z jednoczęściowego stroju. Każdemu kto startować będzie na tym dystansie polecam strój dwuczęściowy :). To, co jeszcze utkwiło mi w pamięci, to zbyt mała ilość toalet na punktach odżywczych. Z tego powodu przy toaletach często tworzyły się kolejki.

Radość na mecie nie do opisania. Słyszę tylko “YOU ARE AN IRONMAN”!!! Gdy emocje opadły, przyszło lekkie rozczarowanie czasem 10:43, ale na pocieszenie 2. miejsce w kategorii M18-24. Wychodzę z założenia, iż nic nie dzieje się bez powodu. Długo zastanawiałem się nad znaczeniem tego wydarzenia w moim życiu. Najważniejsze wydaje się przesłanie, że bez względu na to jak źle idzie, nigdy nie należy się poddawać. Nawet przeszkody losowe są częścią drogi, które należy przetrwać, aby mogło zaistnieć coś pięknego.

Ironman Tallinn

Dziękuję rodzicom, dziewczynie Natalii oraz każdemu, kto wspierał mnie w przygotowaniach, a także trenerowi Pawłowi, którego ciepłe słowa otuchy studziły stres przed nieznanym.


Szymon Łyżwiński | brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polecane artykuły

Ironman Austria okiem supportu

ironman austria

Kanio, you are an Ironman!

GÓRALMAN, czyli opowieść o innym triathlonie