GÓRALMAN, czyli opowieść o innym triathlonie



A po co Ci to?

Wymyśliłem sobie, że w tym sezonie zajmę się triathlonem w nowej, dziewiczej formie. Nazywam go sam dla siebie „triathlonem przygodowym”, choć tego typu zawody bardziej znane są w światku jako xtri lub triathlon extremalny. Stwierdziłem, że po 4 sezonach jazdy na czasówce po prostu mi ona zbrzydła i… ją sprzedałem. Ale za to szosa to moja namiętność i chce się jej nadal oddawać. Stąd pojawiła się jesienią ubiegłego roku wizja triathlonów górskich. Tak żeby się upodlić… jazdą na rowerze pod górę i biegiem a raczej żwawą wspinaczką po górskich szlakach, nie mając ku temu żadnych predyspozycji. Nie potrafię nadal tak do końca sam zrozumieć mojej decyzji ani jej racjonalnie wytłumaczyć, ale gdy pojawił się cel, który sam sobie wyznaczyłem i plan, który i tym razem skrupulatnie rozpisał mój trener i przyjaciel, poczułem ponownie żar, jak wtedy kiedy rozpocząłem przygotowania do Ironmana. Pierwszym startem kontrolnym, w kompletnie nowej dla mnie górskiej formule, były majowe zawody na Słowacji, pod bardzo aspiracyjną nazwą… GÓRALMAN !!! I o tą wyjątkowość chyba właśnie najbardziej mi chodziło😉

Góralman czyli opowieść o innym triathlonie

Odprawa

Zatem, jak to mam zawsze w zwyczaju, na 2 dni przed startem wczytuję się dokładnie w opis poszczególnych etapów zawodów i wytyczne dla zawodników… to że T1 i T2 jest w dwóch różnych miejscach to żadna nowość, ale fakt, że Orgi nie zapewniają żadnego transferu na miejsce startu to spora zaskoczka, a nawet rozczarowanie. Nic, może to doprecyzują na odprawie przed zawodami. Czegoś nie zauważyłem? Wspomniana odprawa odbywa się zgodnie ze standardami wieczorem w przeddzień imprezy. Jedyna nowość, to miejsce… górskie schronisko. Jest rzutnik, jest Dyrektor zawodów i jest gentelman, który po angielsku wita zawodników. Już na początku wystąpienia, pojawia się kolejna odmienność od „normalnego” triathlonu. Na etapie kolarskim i biegowym Orgi nakazują obligatoryjnie posiadać telefon. Jego brak to dyskwa zawodnika. Żeby wzmocnić przekaz albo utwierdzić startujących w przekonaniu że w górach nie ma żartów, najdłużej prezentują na odprawie slajd pt. “emergency call”. Z wrażenia robię, jak nigdy, zdjęcie. A nawet dwa. Co ciekawe, Pan Dyrektor nie obiecuje żadnych bufetów, ale… twierdzi, że postarają się żeby gdzieś na trasie biegowej był jeden punkt z wodą. Tłumaczą to bardzo trudnymi warunkami panującymi na szlakach i kapryśną pogodą. Na dowód chwilę po tym informują o zmianie trasy biegowej, wydłużonej przy okazji do 23km, bo… Polacy zamknęli wstęp do Babiogórskiego Parku Narodowego. Wtedy powiało grozą. Czy to znaczy, że Słowacy mają w dupie bezpieczeństwo zawodników? A może po prostu są bardziej hardcore’owi? Tak czy owak i tak startuje! Nie po to zimą wyszukałem w necie ten start i po uzgodnieniu z trenerem wpisałem na listę zawodów o wysokim priorytecie. Chwilę potem uspokajam się, bo znajduję część wspólną zbioru, czyli kolarską formułę non drafting, która bezwzględnie obowiązuje na trasie. Przed opuszczeniem sali, odnotowuję jeszcze jedną korektę. Ze względu na zagrożenie powodziowe i bardzo zimną wodę w zalewie (tylko +9◦C), 1900m pływania zostaje zamienione na 4km biegu. Szkoda… mogli skrócić to pływanie a nie kasować. Cóż. Znajduję plus tej decyzji. Nie dość, że będzie to mój pierwszy triathlon górski to również zadebiutuję w duathlonie. Będzie inaczej!

Duathlonowy start

Na parkingu przed zawodami, przy samej mecie, melduję się godzinę wcześniej niż pierwotnie planowałem, bo muszę jednak w ramach rozgrzewki pokonać dodatkowe 16 km na rowerze startowym w pagórkowatym terenie, który to po półgodzinnej przejażdżce w porannej mgle, deponuję w strefie zmian. Tu kolejne nowe doświadczenie organizacyjne… nie ma  numerowanych miejsc. Upewniam się u sędziego czy mój numer startowy ma jakiekolwiek znaczenie. Dowiaduje się, że żadnego, bo tenże w słowacko-angielskim odpowiada mi, że mogę postawić sprzęt gdzie chce. Zatem rozgaszczam się z samego brzegu wieszaka na wprost wybiegu na etap kolarski. Lepszego miejsca nikt nie ma ☺. Wiadomo, wygrywa doświadczenie. Rozgrzewkę mam już za sobą, więc sprawdzam tylko sprzęt, symuluję wbieg do strefy zmian i wybieg na etap kolarski i idę trochę potruchtać i się porozciągać, bo przecież zaczynamy od biegu a nie od wody. Zawodnicy coraz liczniej wdzierają się do strefy zmian, nerwowo wyciągając swoje liczne triathlonowe skarby z toreb i plecaków. Zostało 10 minut do godziny zero. Idę zatem na linię startu i ustawiam się bardziej z przodu niż z tyłu, aby mieć komfort biegu. Sędzia jest już gotowy żeby dać sygnał, więc zaczyna się chóralne odliczanie… 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4… No i poszli. A ja z nimi. Ruszam żwawo, walcząc przez pierwszy, szarpany kilometr o pozycję, pędząc wąską brukową ścieżką, która po 1500 m skręca w lewo i przechodzi w asfalt. Jeszcze kawałek i nawrotka. Powrót jest lekko pod górę, ale dzisiaj jakoś mi to w ogóle nie przeszkadza. Do strefy zmian dobiegam dokładnie po 19 minutach.

Góralman czyli opowieść o innym triathlonie

Rower górski

Dokładnie wiem, gdzie zdeponowałem rower. Po prostu wpadam na niego. Ekspresowa zmiana i już wsiadam na pedały. Przede mną jak się później okaże 85 km jazdy na rowerze z przewyższeniem blisko 1000 m, co zdecydowanie odbiega od profilu płaskich tras w okolicach rodzimych Łomianek. W swojej podróży skupiam się tylko na tętnie. Bo trener powiedział… „pojedź rower mocno”. Bazowanie na prędkości w górach, gdzie co chwila zmienia się ukształtowanie terenu to kardynalny błąd. Zatem serce łomocze cały czas w okolicach 160 uderzeń na minutę, a ja mijam jednego za drugim samca alfa, który za kilka godzin, tak jak ja zdobędzie szczyt Babiej Góry, dobrze widoczny z oddali z poziomu słowackiej szosy. Jedzie mi się bardzo dobrze. Pamiętam o regularnym jedzeniu i piciu. Kontroluję wszystko wokół siebie a nawet więcej. Doganiam wielonarodowy pociąg kolarzy i opierdalam jego pasażerów za drafting. Panowie, speszeni i posłuszni jak uczniowie przyłapani w szkolnym kiblu na fajku, rozjeżdżają się, a ja mknę do przodu. Zaczyna się pierwszy solidny podjazd. Znak wskazuje nachylenie 12 stopni. To dużo. Wiem, że będzie ciężko, ale przejeżdżam go na wysokiej kadencji i niskim przełożeniu mojego nowego kompaktowego napędu, niczym Chris Froom. Choć prędkość spada z 36 do 14km/h to wyprzedzam, wyprzedzam i tylko wyprzedzam. To strasznie buduje! Zimowe przepychanie na trenażerze przekłada się 1:1 na górską jazdę. Czuję się nakręcony, ale opanowany i pokorny. 2:45h mija bardzo szybko i jeszcze tylko krótki, ale stromy podjazd i stojąc na pedałach jestem w T2. Ku memu zdziwieniu te słabe Orgi odbierają rower od każdego zawodnika, a w zamian wręczają worek ze sprzętem biegowym. Tak, sprzętem. Buty to najmniej ważący choć istotny element wyposażenia. Bo jest kolejne obligo. Plecak biegowy z zawartością: kurtka przeciwdeszczowa, czapka lub bandana, 0,5l wody, dowód (jesteśmy w strefie przygranicznej i będziemy wkraczać na terytorium Rzeczypospolitej na chwilę), no i telefon. Zmianę z roweru na bieg wykonuję w imponującym tempie. Tak na oko łykam z 10 zawodników i ruszam na triathlonowo-trialowy bieg, pierwszy raz w życiu z plecakiem. Tu muszę się przyznać, że tego ekwipunku wyjątkowo nie przetestowałem na treningu. Zaufałem marce INOV, którą użytkuje sam Marcin Świerc (opłaciło się). Pierwszy zakręt i rzut oka na drogowskaz turystyczny, który wskazuje szlak… czerwony na Babią Górę… 3:20h tyle potrzebuje piechur, żeby go zdobyć. Ja mam inny cel – muszę do godz. 13:40 dotrzeć na Małą Babią (szczyt pośredni, jakieś 4km przed zdobyciem wysokości 1725 m n.p.m.), bo inaczej sędziowie zdejmą mnie z trasy. A tego bardzo chcę uniknąć.

Biegowa wspinaczka

Zatem lecę szutrową drogą po prawie płaskim jakieś 5:20 na km. Ani szybko ani wolno. W sam raz. Jak na górski rower pojechany na średnim HR 159 i z prędkością >31km/h, to jestem zadowolony i czuję się świetnie. Ale nie przyspieszam. Mam zimną głowę przed nieznanym. Próbuje cieszyć się widokiem lasu i górskiego potoku. Mijam kilku gości, którzy już spacerują. Dochodzę grupkę 7-8 kandydatów na GORALMANA… czuję się mocny pod każdym względem. Chwilo trwaj, chciałoby się powiedzieć! Po jakichś 3,5 km szutrowa droga nagle się urywa… kurwa! Zgubiliśmy się? Ale wszyscy… w ośmiu popieprzyliśmy drogę? Niemożliwe… faktycznie szlak na Babią Górę nagle wchodzi w las. Wbiegając jako czwarty czy piąty w wąską ścieżynę zerkam tylko zaniepokojony czy gdzieś na drzewie nie ma drogowskazu. Jest! Biało-czerwona drewniana tabliczka w kształcie strzałki wyraźnie wskazuje kierunek. Git! Chwilę przedzieramy się przez sosnowy zagajnik, po to by po kilku minutach brnąć pod górę w błocie po kostki, dość wartkim potokiem, w jaki w wyniku bardzo obfitych opadów w ostatnim tygodniu zamieniła się droga, którą kiedyś pewnie przedzierały się te najwyżej zawieszone samochody terenowe, bo koleiny mają po co najmniej 50 cm. I tak babramy się w okrutnie grząskim i śliskim błocku przez kolejne 3 km. Po 20 minutach marszu pojawiła się u mnie myśl. Prawie samobójcza. To nie ma sensu. Nie dam rady w takich warunkach wspiąć się na szczyt. Wycofuję się! Orgi są nienormalni, że puścili zawody na taką trasę. Teraz się nie dziwię że polskie służby wprowadziły zakaz wstępu do Parku Narodowego. Ponarzekałem sobie pod nosem, puściłem ze 3 siarczyste kurwy i… błocko się skończyło a pojawił check point, gdzie sędziowie ręcznie spisywali zawodników. Uffff…. zrobiło się w miarę płasko a podłoże zamieniło się ponownie w szutrową drogę więc… biegnę. Mijam 2, 3 gości ze słowackimi flagami na startówkach. Swoisty błogostan trwa krótko. Szlak, ponownie zbacza. Tym razem do góry prowadzi wąska ścieżyna usłana konarami wszechobecnych sosen. Trakt jest tak wąski, że czuje się jak gejsza stawiając stopę za stopą w linii prostej. Próbuje podbiec, ale nie ma już na to żadnych szans. Jest za stromo. HR wskazuje od kilku minut 175 a pokonany dystans to dopiero 6,3km. W absolutnej ciszy sześciu zapoconych facetów w średnim wieku, z mini plecaczkami kroczy dość dynamiczne pod górę. Mijamy co jakiś czas nielicznych, odważnych turystów, którzy mozolnie wspinają się ku miejscu przeznaczenia. Patrzą na nas z podziwem a nawet szacunkiem, schodząc na bok ze szlaku. Jeden z nich, grubas w kraciastych gaciach, zdobywa się na oklaski i zdyszane „go, go, go!” Jakoś do mnie to nie przemawia ze względu na fizjonomię spaślaka i przetłuszczoną fryzurę na czeskiego piłkarza.

Jesteśmy już na wysokości 1505m (tak wskazuje przynajmniej Garmin). Do szczytu, gdzie jest nawrót, jeszcze “tylko” nieco 200m w pionie. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu pojawia się… śnieg na szlaku. Grząski firn, który kilkanaście razy po kilkadziesiąt metrów trzeba pokonywać, grzęznąc w nim w zwykłych butach biegowych. Patrzę na zegarek mając z tyłu głowy presję czasu w postaci limitu godzinowego na Małej Babiej… liczę, liczę i nie mogę w ogóle skalkulować czy mam zapas czy nie. Pokonałem dopiero 8,5 km w średnim tempie 10:32min/km… dramat myślę… nie, jest gorzej… syf z gilem. Na ostatnie śnieżne 1000m poświęciłem 14:15 min. Szok! Próbuje zatem przyspieszyć. Szlak wypłaszcza się miejscami, ale jest usiany kamieniami i konarami. Nie ma już drzew. “Pędzę” truchtem krętym duktem. Przez chwilę jestem sam. Cisza. Przechodzę w marsz i sięgam do camelbaka. 2 łyki wody i znów pseudobieg. Nagle słyszę ostrzegawczy krzyk: „left! left!”. Ktoś zasuwa jak wściekły z góry. Sadzi potężne susy a przy tym znajduje bez problemu miejsca na podłożu do kolejnych odbić. Jak on to robi? Przekozak! To lider wyścigu. Zdążył już zdobyć szczyt, nawrócić i puścić się w dół. Jest naprawdę dobry. Patrzę na zegarek i próbuję złapać różnicę czasu jaką będzie miał Przekozak nad pościgiem. W ten sposób zajmuję głowę czym innym niż ciągła kalkulacja czy dotrę na czas. Po chwili okazuje się to kompletnie zbyteczne. Jest Mała Babia i sędziowie z zegarem. Spisują mnie. Zatrzymuję się, dosłownie na 10 sekund i pytam czy zmieściłem się w limicie czasu. Patrzą na mnie dziwnie, bardzo dziwnie. „Przecież jest godz.12:20 a limit jest do 13:40”, odpowiada jeden z nich i prawie stuka się w głowę. Noooooo tak. Przecież! Fantastycznie! Wygenerowałem tym swoim wspinaczkowym śnieżno-błotnym pędem i mocnym rowerem, aż 1:20h zapasu. Wstępują we mnie nowe siły, a fenomenalny widok z pierwszego szczytu rekompensuje cały dotychczasowy trud. Teraz szlak jest szeroki i prowadzi po wielkich kamiennych schodach w dół. Zatem zaczynam zbieg. Czwórki trochę bolą przy tym ćwiczeniu, ale daję radę. Po 10-minutowym schodowym down hillu, zaczynam to samo zadanie, ale pod górę. Zadzieram głowę i widzę, gdzieś daleko szczyt i małe ludzkie punkciki na nim. Cholera! Jaki to kawał jeszcze. Deprymuje mnie to. Zwalniam tempo. Mija mnie jakiś zawodnik. Za chwilę drugi. Z góry zbiega kolejny zawodnik. Nr 2 ma ok. 8 minut straty do lidera. Nie dojdzie go. Nie ma szans, tym bardziej, że ten porusza się jakoś asekuracyjnie, niepewnie. Sięgam po żel i wodę z camelbaku, cały czas wspinając się po kamiennych schodach. Nastrój i samopoczucie nieco mi się poprawia. Dzięki temu nie pozwalam się już aż do samej Babiej Góry nikomu wyprzedzić. Tuż przed wierzchołkiem temperatura gwałtownie spada. Jest mi zimno. Mam co prawda obowiązkową kurtkę w plecaku, ale decyduję się jej nie zakładać. Na szczycie słyszę tylko od ostatniego już na trasie sędziego, że mam dotknąć słupek oznaczający szczyt i mogę wracać na dół. Tak też robię. Rzut oka tylko na okolicę z lotu ptaka, przy pięknej wiosennej pogodzie i już jestem w drodze powrotnej. Gdzieś w 1/3 drogi na dół spotykam mojego młodszego syna, który podąża o kijach pod górę. W ferworze walki zupełnie zapomniałem, że miał dojechać do T2 w okolice schroniska i ruszyć 20min. po mnie w kierunku szczytu. Mimo to nasza radość na wspólne spotkanie jest szczera i bezcenna. Szybko w biegu na dół rzucam do Igora: „chcesz zdobyć Babią Górę czy wracasz ze mną na dół?”. „Przecież wlazłem tu dla Ciebie, jak się umawialiśmy”… Ma rację. Taka była umowa. Miał być moim supportem. Zaimponował mi ten mój 15-latek… po raz kolejny w ostatnim czasie 😉. Ruszamy więc na dół razem. „Dasz radę biec?” – dopytuję. Słyszę potwierdzenie i mkniemy truchtem. Turyści pokornie czmychają przed nami na boki. Moje nogi bolą coraz bardziej, a ja podnoszę je nie dość wysoko. Podłoże to nie równy asfalt, więc co chwila się potykam. W pewnym momencie, niemalże upadam, walcząc niezdarnie z grawitacją. To pierwsze poważne ostrzeżenie dzisiaj. Przejmuję kije od syna, zwalniam tempo i podążam już uzbrojony w dwa podręczne stabilizatory. Sprawdzają się doskonale. Ku mojemu zaskoczeniu Igor za mną nadąża na zbiegu. Ośmielony jego formą, nieco przyspieszam. Droga skręca w las i znów zaczyna się błotny szlak, ten sam, który 3 godziny wcześniej niemal wykluczył mnie i moją psychikę z zawodów. Ale teraz już wiem doskonale czego się spodziewać, więc kroczę pewnie. I ta pewność mogła mnie kosztować poważną kontuzję i koniec walki o tytuł Góralmana. Padam bowiem jak długi na bok, a moje nogi niczym w hołubcu lecą złączone łukiem do góry. Runąłem jak kłoda, która poślizgnęła się na kamieniu przykrytym błockiem. Przez chwilę się nie ruszam. Syn patrzy zaniepokojony. Cisza. Nieśmiało wspieram się na dłoni i próbuję poruszyć nogami. Moje trzewia jeszcze rezonują a drzewa wydają się kołysać gałęziami od wibracji, w jakie wdała je moja siarczysta gleba. Generalnie wszystko jest chyba OK. Boli mnie udo, biodro i mam zdarty łokieć. Ponadto prawą połowę ciała mam w całości pokrytą kleistym błockiem. Najważniejsze jest to, że mogę kontynuować wyścig. Chwilę po tym nieplanowanym zdarzeniu, docieramy do szutrowej drogi i kojącego szumu znajomego potoku. Podejmuję decyzję, że dalej do mety chcę biec. Zostało ok. 3,5km. Oddaje Igorowi kije i swój bidon z wodą i ruszam spokojnym biegiem w kierunku mety. Jest mi ciężko. Nawet bardzo. Poza stłuczeniem czuję, nowy rodzaj bólu mięśniowego, skumulowanego w wyniku kolarskich podjazdów i stromych podejść. Boli mnie… dupa! Mięśnie pośladkowe wykonały dzisiaj ogromną pracę i dlatego już proszą o litość. Nie godzę się na przerwę. Biegnę. Z trudem jednak utrzymuję tempo poniżej 6:00. Narasta dyskomfort fizyczny a wraz z nim zniechęcenie. Głowa zaczyna mieć swój własny, autorski plan. Swój, nie mój. Przez chwile ze mną wygrywa. Przechodzę w marsz. Szybko jednak wybijam się z letargu i narzucam swoje warunki. Wypatruję przed sobą w oddali jakichś zawodników i postanawiam ich gonić. Finalnie się to nie udaje, ale pozwala mi skrócić do niezbędnego minimum czas spędzony zdecydowanie już poza strefą komfortu.

Góralman czyli triathlon inaczej

Spełnienie

Po kilkunastu minutach docieram do schroniska, gdzie jest zlokalizowana meta. Orgi postanowili uczcić w wyjątkowy sposób zawodników, „pozwalając” im ostatnie 150m podbiec trawiastym, stromym zboczem, zwieńczonym na szczycie bramą z napisem META. Niech ich diabli! Co za finisz! Choć nie mam już siły, ani nie widzę w tym sensu, to biegnę pod górę niesiony oklaskami szpaleru kibiców i zawodników, którzy już ukończyli zawody. Wbiegam zatem w ekstazie, z rękami w górze w geście triumfu, a łzy napływają mi same do oczu, kiedy speaker zawodów wyczytuje moje imię i nazwisko. Szlocham jeszcze chwilę za metą z twarzą schowaną w dłoniach, idąc chwiejnym krokiem do bufetu dla zawodników. Spragniony jestem niemiłosiernie. Upodlony też. Jednak pozytywne emocje i poczucie spełnienia w moim trigórskim debiucie, przezwyciężają fizyczne słabości. Idę powoli na trawnik przy schronisku, popijając colę. Zdejmuję buty i skarpety. Kładę się na plecach i rozkładam ręce na boki. Zamykam oczy. Świat wiruje. Obrazy z ostatnich 7h zawodów, przemykają w zawrotnym tempie przed oczami. Czuję jak śmieje się moja twarz i ciało, a ja mówię do siebie na głos: „YOU ARE A GÓRALMAN !!!”

GORALMAN 2019 from RECstudio.sk on Vimeo.

 

 


Michał Gryziak | brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polecane artykuły

Pech i szczęście w jednym – Ironman Tallinn

Ironman Tallin

Ironman Austria okiem supportu

ironman austria

Kanio, you are an Ironman!