Moja droga do maratonu – lekcja pokory i kształtowania charakteru



Kobieta po 40stce, żona, matka dwóch dorastających synów, PPD (Perfekcyjna Pani Domu) – to ja jeszcze całkiem niedawno… Szczupła, ale w swoich oczach zawsze nie dość. Szukałam całe życie drogi do sylwetki patyczaka… bezskutecznie oczywiście!!! Litry potu wylane na siłowni i salach gimnastycznych, znudzenie kolejnymi zajęciami typu TBC, a wystarczyło wskoczyć w buty biegowe i świat oszalał 🙂

POCZĄTKI

Na początku 2015 roku dreptałam wokół domu pokonując 4-5 km. Na fali endorfin czułam moc. Bez większego problemu wydłużyłam dystans do 10km. W kwietniu 2015 miałam już za sobą pierwszy start w zawodach – Bieg Oshee 10km w ramach Orlen Warsaw Marathon. Ukończyłam go z czasem 63 minuty i gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że za dwa lata przebiegnę maraton uznałabym, że postradał zmysły!!! W sierpniu 2015 przebiegłam po raz pierwszy dystans 21km 97,5m w ramach BMW Półmaraton Praski – przedreptany na luzie, bez spiny na wynik. Ukończyłam go zachwycona z czasem 02:19:38!!! We wrześniu trafiłam do Grupy Biegowej. Czułam się w tej społeczności bardzo dobrze, łączyła nas pasja. Wspólne, dłuższe wybiegania po Puszczy Kampinoskiej towarzysko owocne, ale biegowo czułam, że słabnę. Wychodząc z domu robiłam ciągle to samo, czyli biegłam 10 km starając się osiągać coraz lepszy czas… Wpadłam w szał zawodów, każdy start kosztował mnie dużą porcję stresu, parcie na wynik zabijało przyjemność i sens biegania…

OD BIEGANIA DO TRENOWANIA

Przełom nastąpił w grudniu 2015, kiedy rozpoczęłam współpracę z trenerem biegowym. Do tej pory biegałam, od tamtego momentu zaczęłam trenować. Pierwszy plan treningowy poprzedzony był badaniami (krew, usg, echo serca), żeby upewnić się czy nie ma przeciwwskazań zdrowotnych! Przeżyłam szok, kiedy okazało się, że żeby biegać szybko, należy nauczyć się biegać wolno!!! Dreptałam kontrolując tętno, a nie jak do tej pory tylko tempo biegu. Na efekty nie trzeba było czekać długo. Półmaraton Wiązowski w lutym 2016 roku zakończyłam z czasem 01:57:40 – poprawiony o 22 minuty!!! Wtedy właśnie w mojej głowie zakiełkowała niebezpieczna myśl o maratonie …Uparłam się jak osioł, nie chciałam słuchać, że nie jestem jeszcze gotowa.

Biegałam według planu 5 razy w tygodniu. Cisnęłam, choć długie wybiegania kosztowały mnie bardzo dużo. Miałam również w planach Koronę Półmaratonów… ale nie było mi dane przebiec ani jednego z 5ciu… Organizm nie wytrzymał, a choroba i antybiotyk w kwietniu definitywnie przekreśliły moje zapędy biegowe. Zamiast maratonu przebiegłam Bieg Oshee 10 km w ramach OWM, uzyskując pb 50:09!!! (13 minut szybciej niż rok wcześniej). Plaster miodu w tej beczce dziegciu.

Zaczęłam czuć bóle przeciążeniowe kolan, co jednak nie przeszkodziło mi pobiec w sztafecie Ekiden na początku maja 2016. Poleciałam jak na skrzydłach, wykręcając pb 24:39!!! Jak dla mnie petarda!!! Po tym biegu już musiałam się przyznać sama przed sobą, że nie da się zabiegać bólu. Wizyta u ortopedy sportowego i opinia jak wyrok – przerwa w bieganiu, rehabilitacja, fizjoterapia …łzy, załamanie, złość…Wyłam z rozpaczy, ale ogarnęłam się. Przykładałam się w trakcie fizjoterapii, polecane ćwiczenia wykonuję do tej pory po każdym bieganiu. Taka przerwa to duża lekcja pokory. Przeprogramowałam sposób myślenia i już po kilku miesiącach wróciłam do gry. Marsze, marszotruchty, lekkie truchty i we wrześniu 2016 mogłam wznowić treningi. Tym razem miałam 8 miesięcy do OWM. Bardzo dużo czasu!

W październiku zaczęłam też uczyć się pływać kraulem, a w styczniu włączyłam jeszcze okazyjnie trenażer (rower szosowy), który okazał się świetnym zastępstwem biegania, np. w trakcie przeziębienia. Trenowałam wedłyg planu, poznawałam swoje słabości, często przekraczając tzw. strefę komfortu. Zwykle satysfakcja przychodziła po treningu, bo w trakcie nie było miło. W trakcie przygotowań testowałam żele, które miałam przyjmować podczas maratonu. Nie zapominałam również o odpowiedniej suplementacji.

26 marca 2017 pobiegłam w Półmaratonie Warszawskim, uzyskując pb 01:50:37 – czas będący dobrym prognostykiem przed maratonem. Oczywiście byłoby zbyt różowo, gdyby na ostatniej prostej nie wyrósł mur w postaci nieznacznego przeciążenia prawej stopy, czyli powtórka z rozrywki… Postąpiłam nierozsądnie zmieniając, w tym kluczowym dla mnie momencie, buty biegowe. Niestety, poniekąd wspaniałe cichobiegi, dobrane w zaprzyjaźnionym sklepie biegowym, okazały się nieodpowiednie dla mojej stopy!!! Czekała mnie kilkudniowa przerwa od biegania. Wybawieniem okazał się basen. Katowałam kraula, kręciłam kilometry na trenażerze i starałam się nie popadać w paranoję…

23.04.2017 – MÓJ WIELKI DZIEŃ – ORLEN WARSAW MARATHON!!!

Od rana żołądek zawiązany w supeł. Udało mi się wcisnąć sprawdzone śniadanie w postaci bułki z dżemem. Mimo bardzo dobrego przygotowania, byłam spięta i zdenerwowana. Bardzo pomogła mi obecność męża, który mnie wspierał do samego startu. Godzina 9.00 wybiła i rozpoczęła się wielka impreza, ukoronowanie wielomiesięcznych przygotowań. Obok mnie biegł mój trener, czyli byłam w niezwykle komfortowej sytuacji, mogąc liczyć na jego rady podczas całego dystansu. Powinnam wyluzować i tylko biec prawa, lewa, prawa, lewa…

Kolejne kilometry mijały, a ja nie potrafiłam się rozluźnić. Biegłam dobrze, przyjmowałam żele, piłam po 2-3 łyki wody, tętno miałam nieco wyższe, ale dalekie od maxa. Dystans półmaratonu minęłam tylko o 6 minut wolniej niz mój pb…było super!!! Od 23 km wiatr wiał prosto w twarz i tak niezmiennie przez bardzo długie kilometry. Aura w stylu każda pora roku – deszcz, grad, słońce i wszechogarniający wiatr!!! Biegnę…coraz częściej mijam rozciągających się zawodników, którzy mają skurcze, czasem ktoś zaczyna iść, czyli trudy dystansu zaczynają doskwierać. Do 35 km trzymam fajne tempo biegu, później niestety zwalniam nawet nie wiedząc, że dość znacznie. Nie czułam ściany, ale zmęczenie narastało, w żołądku pustka, wielki supeł, drażni nawet zapach bananów i czekolady na mijanych punktach odżywiania. Narasta chęć dosięgnięcia do mety i zakończenia tego biegu. Wiem, że powinnam się wtedy przełamać, wydłużyć krok, zmierzyć się z bólem łydek, zmęczeniem i pocisnąć!!! Myśl o stopie mnie paraliżowała, choć wcale mnie nie bolała! Po czasie zrozumiałam, że zawiodła mnie głowa – trzeba nad nią popracować!!! Na 300 metrów przed metą poczułam niezwykłego kopa – zaczęłam biec szybciej, czyli miałam rezerwy, których nie wykorzystałam. Finisz zapamiętam do końca życia!!! Tłum kibiców i gdzieś w tle głos syna: Mama mama biegnij!!! Niezapomniane emocje!!! META – czas 04:17:28!!! Łzy szczęścia, uściski i świadomość spełnionego marzenia 🙂

Trenerze, dziękuję za całokształt. Bez Ciebie ta przygoda nie byłaby możliwa. Moja kocha Rodzino, Przyjaciółko Ewo – bez Waszego wsparcia i zrozumienia realizacja kolejnych pasji również nie miałaby szans i sensu!!! Jesteście Wielcy, a Wasza cierpliwość będzie testowana przez kolejne lata. Teraz obieram nowy kierunek. TRIATHLON. W mojej kategorii wiekowej może będę miała większe szanse 🙂

Moja droga do maratonu, czyli lekcja pokory i kształtowania charakteru


Agnieszka Jędrzejczyk | brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

polecane artykuły

Ja, Dorota

Ja Dorota - Ironman Kopenhaga

Pech i szczęście w jednym – Ironman Tallinn

Ironman Tallin

Ironman Austria okiem supportu

ironman austria