Karkonoszman – radość z triathlonu



Po kilku latach zabawy w triathlon, w tym pięciu latach regularnych treningów pod okiem trenera oraz systematycznej poprawie wyników, zarówno biegowych, jak i triathlonowych, po wspinaczce na listach wyników w poszukiwaniu coraz wyżej swojego nazwiska, poczułem, że coś tracę.

Starty, które kiedyś dawały mi ogromną przyjemność, stały się pogonią za czasem i jak najwyższą lokatą. Kosztowały mnie mnóstwo nerwów i pochłaniały całą moją uwagę. Doszło do tego, że nawet niezły wynik nie dawał mi satysfakcji, bo w głowie chciałem czegoś więcej.

Zatęskniłem za debiutami. Startami, w których nie musiałem gonić ani za czasem ani za rywalami. Najważniejszym celem było ukończyć zawody. Tak pojawił się pomysł na Triathlon Karkonoski. Pomyślałem, że skoro chciałbym zrobić Norsemana, przydadzą mi się doświadczenia ze startu w xtri. Przepraszam, NAM się przydadzą, bo w tych zawodach obowiązkowy jest support. Jest on odpowiedzialny za wszystkie punkty żywieniowe na trasie (wyścig jest z punktu A do punktu B), ewentualną pomoc techniczną na rowerze oraz etap biegowy, kończący się podbiegiem na Śnieżkę. Ja miałem Pawła, bez wątpienia najlepsze wsparcie ze wszystkich ekip, jakie startowały. Ale do tego jeszcze wrócę.

W DRODZE NA ZAWODY

Pierwszym miłym zaskoczeniem była dobrze rozwinięta sieć polskich dróg. Skakaliśmy tylko z A na S i znowu na A i bardzo sprawnie dotarliśmy do Zamku Czocha. Miejsce robiło naprawdę oszałamiające wrażenie. Zamek na wzgórzu nad samym jeziorem, strefa zmian na dziedzińcu, zupełnie odmienne warunki od zawodów w centrach miast. Szybka odprawa, pasta party (dania na prawdziwych talerzach, podane w głównej sali zamku – doceniam takie rzeczy!) i w drogę do hotelu. Noc minęła całkiem spokojnie, bo o wielu rzeczach po prostu nie musiałem pamiętać, miałem w pełni profesjonalny support.

CZAS START

Lekkie nerwy, a raczej ekscytacja, zaczęły się, gdy dotarliśmy na start. Wszystko mieliśmy zaplanowane, więc pozostało tylko konsekwentne realizowanie kolejnych czynności: wstawienie roweru, toaleta, rozgrzewka, pianka i na start. I nie byłbym sobą, gdybym o czymś nie zapomniał. Organizator ze względów bezpieczeństwa prosił o zabranie telefonu komórkowego na trasę rowerową, a ja swój zostawiłem w samochodzie. Stoję i kombinuję, jak to rozwiązać na 10 min przed startem. Nakręcam się niepotrzebnie do czasu, gdy przychodzi support z informacją, że telefon jest spakowany przy rowerze. Niby prosta rzecz, ale to strasznie miłe, gdy ktoś sam bez konkretnych wytycznych robi to, co należy. Od tamtej chwili czułem, że stworzymy prawdziwy zespół.

PŁYWANIE

Na pływaniu szybko ustaliła się kolejność. Płynąc na drugiej pozycji w dużej odległości od pierwszego zawodnika pozwoliłem sobie na cieszenie się krajobrazem. Widok zamku na skarpie z poziomu jeziora robił ogromne wrażenie. Wtedy pomyślałem, że właśnie po to tu jestem, by cieszyć się tym startem.

ROWER

Szybka zmiana i dalej na rower. Czekało na mnie 90 km i 1800 m przewyższeń. Dla typowego “mazowszanka”, który kręci tylko po płaskim, takie cyferki nie robią wrażenia. O tym, co to oznacza przekonałem się na trasie. Niekończące się podjazdy pod Michałowice, Przesiekę oraz Karpacz Górny dobitnie uświadomiły mi, że “góralem” to ja mogę być tylko z budowy, a grawitacji, jak mocno bym nie próbował, to nie oszukam.

W tych ciężkich chwilach mogłem oczywiście liczyć na mój support. Z perspektywy roweru czułem się jak lider w Tour de France, no może de Pologne. Podnoszę rękę i podjeżdża auto. Składam zamówienie: woda, izo, żele, co tylko chcę i za chwilę gość stoi na poboczu i podaje wszystko prosto do koszyka. Jazda po wąskich zjazdach przy otwartym ruchu samochodowym wymagała od niego sporo umiejętności. Czasami wyglądało to jak na reklamie pewnej marki samochodów. Dla mnie zjazdy były super przeżyciem. Czułem, że to, co wwiozłem na górę, rozpędza mnie przy zjeździe w dół. Udawało mi się nawet częściowo nadrabiać to, co traciłem na wjazdach. Do strefy T2 dojechałem potwornie umęczony. 9 km podjazdu, gdzie przez myśl przechodziło mi, że może szybciej byłoby podbiec, zrobiło swoje. Po raz pierwszy ktoś musiał pomóc mi zejść z roweru.

Karkonoszmen 2017

BIEG

Cieszyłem się, że zaraz zacznie się bieg, na który jestem nieźle przygotowany. Jako jeden z nielicznych teamów zdecydowaliśmy się pobiec całość razem. Jako jedyni musieliśmy wszystko zabrać ze sobą w plecaku. Zmieściliśmy tam żele i picie, kurtki przeciwdeszczowe, suche ubrania do zmiany na Śnieżce. Na szczęście nie ja musiałem ten plecak nosić. Bieg zespołowy to całkiem nowe doświadczenie. Było naprawdę super. Zaczęliśmy mocno pod górę. Potem był zbieg, którego obawiałem się najbardziej. Wszystko szło zgodnie z planem, zaczęliśmy odrabiać straty. Przewaga biegania z trenerem jest taka, że nie można wymyślać żadnych wymówek. Masz biec, a to on kontroluje tempo i taktykę. W końcu on najlepiej wie na co cię stać. Pasował mi taki podział ról i po 10 km wyglądało to naprawdę dobrze.

I wtedy wydarzyła się rzecz, której obaj nie wzięliśmy pod uwagę. Trenowaliśmy bieg, a tam trzeba było sporo podchodzić. Jakże frustrujące były chwile, gdy wszyscy mnie wyprzedzali podczas marszu. Nie byłem w stanie iść szybciej, po prostu nie umiałem szybciej przestawiać nóg. Podczas biegu nadrabialiśmy, ale w marszu traciliśmy dwa razy tyle. Ten żenujący etap skończył się ok. 12 km. Od tego momentu było lekkie wypłaszczenie i można było zacząć biec.

Kilometry uciekały bardzo szybko. Momentami tempo było naprawdę mocne, a ja czułem się super. Zamiast asfaltu i bloków, miałem kamienie i piękne widoki. Bezcenne. I wtedy zaczął padać grad, zerwał się silny wiatr. Miałem wrażenie, że ktoś strzela mi w plecy szpilkami. Obaj stwierdziliśmy, że warto było zabrać kurtki i dźwigać je na plecach. Pawła plecach. Dla mnie bieg w tych warunkach to była kwintesencja zawodów. Dobre tempo, ekstremalne warunki, po to w końcu tam pojechaliśmy.

Gdy jestem mocno wychłodzony, biegnie mi się całkiem nieźle. Tak już mam. Mięśnie mi drętwieją i mogę je wykorzystać na 110%. Zrobiłem tak na ostatnim odcinku trasy, podczas wejścia na Śnieżkę. Skacząc z kamienia na kamień, czułem się jak górska kozica. Nie wiem jak wyglądało to z boku, ale to był mój moment.

FINISZ

Końcówkę do mety podbiegłem. Gość z kamerą biegł przede mną, a ja czułem się jakbym wygrywał ten wyścig. Jak to mój syn powiada: “epickie przeżycie”. I tak właśnie było. Były łzy szczęścia na mecie, poczucie dobrze zrobionej roboty, dreszcze, drżenie mięśni oraz zawroty głowy.
Sam start spełnił moje oczekiwania. Poczułem się, jak kiedyś, gdy zaczynałem przygodę z triathlonem. W końcu to był mój debiut w xtri.

Szczerze muszę jednak powiedzieć, że bez supportu, jakim był Paweł, nie przeżyłbym tak wspaniałej przygody. To, co zrobiliśmy, było w pełni profesjonalne, dobrze przygotowane i przemyślane. I w bardzo precyzyjny sposób realizowane. No może jedynie to podchodzenie było elementem amatorskim w moim wydaniu. Ale w tym właśnie cały urok. Przecież ja nie muszę nikomu nic udowadniać. Startuję tylko i wyłącznie dla siebie i dla przyjemności. Stworzyliśmy z Pawłem prawdziwą synergię i myślę, że nie oprzemy się pokusie, by to kiedyś powtórzyć.
Paweł dziękuje.

OFICJALNY FILM Z IV TRIATHLONU KARKONOSKIEGO


Łukasz Głasek | brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polecane artykuły

Sezon na grubo

Od balerona do Irona

Triathlonowe medytacje

Triathlonowe medytacje