Team spirit, czyli drużyna na medal



Góry. Poczucie wolności i przestrzeni, jakiegoś ogólnego nieograniczenia, tak właśnie zawsze mi się kojarzyły. Łażenie po Orlej Perci czy snucie się po Czerwonych Wierchach zawsze powodowały u mnie przyspieszone bicie serca i to nie tylko ze względu na ilość tlenu związaną z wysokością nad poziomem morza. Swissman, Celtman, Norseman czy Triathlon de Alp`d Huez to wyścigi łączące w sobie triathlon i góry. Wyścigi trudne, które robiły na mnie wrażenie pewnej niedostępności, inności, ale jednocześnie przyciągały uwagę nie mniejszą niż ten rozgrywany w Kailua Kona. W Polsce mamy Diablaka, Hardą Sukę czy Triathlon Karkonoski. Jeżeli chodzi o poziom trudności, wszystkie trzymają fason. My wybraliśmy ten ostatni.

TRIATHLON KARKONOSKI

Zamiast gonić za czasem postanowiliśmy poganiać się ze zmęczeniem. I tak oto spakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy do Leśnej w Karkonoszach. Łukasz przy wyborze startu kierował się chęcią spróbowania czegoś nowego. Chciał, niespiesznie pokonując trasę, smakować zarówno widoki, jak i cierpienie.

W zasadzie można śmiało napisać, że oboje pojechaliśmy zaliczyć debiut. Łukasz górski, ja supportowy… ale taki na pełnym legalu. Bycie po drugiej stronie lustra ma swoje zalety. Bycie w centrum wyścigu w najważniejszych momentach, wspólne podejmowanie decyzji, pełna opieka na bieżąco oraz ciągły kontakt tu i teraz z zawodnikiem. Stres? Zdecydowanie wyższy niż na starcie solo. Wady? Pisać o nich dzisiaj nie będę.

W PRZEDDZIEŃ WYŚCIGU

Po przyjeździe na miejsce naszym oczom ukazał się piękny Zamek Czocha. Panorama na jezioro Leśniańskie dopełniała reszty oszałamiającego widoku. Do tego stopnia, że miało się ochotę zostać i być, szczególnie po pięciu godzinach podróży samochodem.

Wchód przez sień, szybki odbiór pakietów i dwie osobne odprawy: pierwsza dla zawodników i druga dla supportu. Po zobaczeniu widoku z zamku i profilu trasy myślałem, że nic mnie już tego dnia nie zaskoczy. Niemniej jednak pasta party za stołami nakrytymi obrusem, z metalowymi sztućcami i talerzami nie z plastiku oraz dania serwowane przez kelnerów zrobiły na mnie duże wrażenie. To bardzo miły gest ze strony organizatora.

Triathlon Karkonoski 2017

TRASA

Nie byłbym sobą gdybym nie chciał zobaczyć części trasy. Jezioro wąskie i kręte. W przypadku dobrze nawigującego Łukasza oznaczało to sporo możliwości ścinania zakrętów oraz płynięcie bez częstej konieczności wyciągania głowy na kierunek. Można było spokojnie skupić się na rytmie i mocnej pracy. Wybieg z wody określiłbym jako „poj#*!”. Kończysz pływać. Pod koniec mocniej pracujesz nogami, by zminimalizować szok ortostatyczny i kręcenie się w głowie. Wychodzisz z wody, a przed Tobą… pionowy podbieg po schodach do strefy T1 na dziedzińcu.

Szybkie założenie sandałów Alladyna i rozpoczynasz etap rowerowy. Sama trasa kolarska to 1800 m pod górę i 1300 m w dół. Zero płaskiego. Cztery dobre podjazdy: Michałowice, Przesieka, Zachełmie i znany wszystkim, szczególnie biegaczom, zakręt śmierci w Szklarskiej Porębie. Na deser finisz pod Karpacz Górny do T2.

Biegowo podobnie. 2,5km pod góre, 2,5km w dół i później do końca wprd… z epicką szpicą na Śnieżce. Jak wygląda to w liczbach? Na początku 500 m w dół i następnie 1300 m w górę. Duże wyzwanie.

Ilości emocji podczas wyścigu nie chce próbować opisywać. Pojedźcie i zobaczcie. Warto! Na trasie było ciężko, ale najtrudniejszy dla mnie okazał się zjazd wyciągiem krzesełkowym z kopy na dół. Myślałem, że umrę. Byłem, gotów biec te 22 km w dół, ale nie bardzo miałem wybór. Zanim powiedziałem „ale”, już zostałem wsadzony na krzesełko i odwrotu nie było. Jak widać organizator postarał się, by emocji nie zabrakło.

Karkonoszmen 2017

TEAM SPIRIT

Podsumowując wyścig po kilku dniach, gdy emocje nadal są duże, ale już ugruntowane, chciałbym nawiązać do książki “11 pierścieni”. Jest to autobiografia Phila Jacksona, trenera Michaela Jordana czy Kobego Brianta. Porusza on w niej ważny temat budowanie relacji. Drużyny, które prowadził składały się z indywidualistów w czystej postaci. Jego głównym i najważniejszym celem jako trenera było stworzenie pełnej synergii między zawodnikami oraz zawodnikami i trenerem. To właśnie „team spirit” był kluczem do zwycięstwa, zwycięstwa pełnego i kompletnego, nie tylko w koszykówce.

Z Łukaszem znamy się kilka lat. Byliśmy wspólnie na wielu treningach, zgrupowaniach i niejednych zawodach. Zawsze świetnie się dogadywaliśmy, rozumieliśmy bez słów. Karkonoszman był dla nas obojga doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Wymiar współpracy na zawodach, w których support jest dopuszczony, a wręcz konieczny jest zupełnie inny niż na takim Ironmanie, podczas którego, jeżeli chcesz podać zawodnikowi butelkę izo, musisz ustawić się w konkretnym miejscu. Jeżeli podbiegasz do swojego zawodnika, stewardzi Cię przeganiają i często, choć pewnie niezamierzenie, traktują Cię jak intruza.

Mimo, iż organizator Karkonoszmana wymagał od supportu tylko wspólnego wejścia na samą Śnieżkę, ja nie mogłem sobie odmówić bycia z Łukaszem podczas całego etapu rowerowego oraz towarzyszenia mu od samego początku etapu biegowego. To, co zapamiętam z wyścigu, to synergia, którą udało nam się wypracować. Z pewnością warunki, w których przyszło nam być, były na tyle trudne, że dopełniły całości. I powiem tak, tamtego dnia ja nie byłem supportem, a Łukasz nie był zawodnikiem. Byliśmy drużyną, NAJLEPSZĄ DRUŻYNĄ.

Na koniec zapakowaliśmy się w nasz rydwan splendoru i wróciliśmy do domu. I jak to mawiał Joe E. Lewis, żyje się tylko raz, lecz jeśli zrobi się to dobrze, ten raz wystarczy.

A jak wyglądał wyścig z perspektywy głównego bohatera, czyli Łukasza? O tym już niebawem.

 


Paweł Różański | brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polecane artykuły

Od balerona do Irona

Triathlonowe medytacje

Triathlonowe medytacje

Zrobiłam jednego Ironmana, to czemu by nie zrobić następnego?