Jak to z tym jednym, jedynym startem w Ironmanie było …. (cz. II)

Start w Ironmanie

„Dear Sebastian Hoffman, Congratulations. You are now registered for the 2017 Mainova IRONMAN European Championship Frankfurt – General Entry – Individual Entry”

Oznaczało to jedno – kolejny sezon zmagań z przygotowaniami do pełnego dystansu. Teraz już przynajmniej wiedziałem z czym mam do czynienia. Dlatego obiecywałem sobie, że tym razem przygotuję się na zasadzie podtrzymania formy, ograniczając do absolutnego minimum niezbędne treningi. Tak, by życie rodzinne dostało w dupę jak najmniej. W końcu postawiłem wszystkich przed faktem dokonanym…

Zanim zdążyłem porozmawiać o tym z trenerem, w skrzynce mailowej już czekał plan roztrenowania wraz z ustalonym ambitnym planem złamania 41 minut w Biegu Niepodległości. Tak, żeby i trener miał jakąś frajdę. Do listopada wiedziałem co mam robić….. Wszystko szło zgodnie z planem. Siły i szybkość zaczęły wracać po Polskamanie. Znowu czułem moc. Tak było aż do 8 listopada. Wtedy zrobiłem ostatni mocny trening biegowy przed Biegiem Niepodległości. I jak się okazało, był to w ogóle mój ostatni mocny trening biegowy.

BYŁO TROCHĘ POD GÓRKĘ

Diagnoza była bezlitosna: pęknięcie łękotki w prawym kolanie… Zalecenia od ortopedy: 3 miesiące bez biegania i miesiąc na powrót do biegania. Jak to nie pomoże to szybka operacja i może zdążymy do 9 lipca do Frankfurtu.

Gonitwa myśli, kalkulacje, spekulacje, co robić, jak trenować…. Wybrałem wtedy chyba najgorszą możliwą opcję. Postanowiłem, że skoro jestem kontuzjowany i że w zasadzie nie mam co liczyć na poprawienie jakichkolwiek wyników, to spróbuję przygotować się do Frankfurtu sam. Bez trenera, bez całej tej metodyki przygotowania do dystansu Ironmana. Po prostu będę tłukł kilometry na rowerze i na basenie, dopóki mi noga się nie poprawi. Na basenie nabijałem kolejne kilometry, godzinami ścigałem się korzystając ze Zwifta i jakoś minęła mi zima. Niestety kolano ciągle nie pozwalało biegać…

Całe szczęście gdzieś tam w przelocie trener Paweł podrzucił mi pomysł, żebym spróbował pobiegać Gallowayem… Tak bardzo mnie ciągnęło do biegania, że byłem w stanie wypróbować każdą metodę, każdą technikę, by tylko znowu móc wybiec na trening. I tak gdzieś pod koniec lutego czy na początku marca zacząłem te gallowayowe interwały w różnych możliwych konfiguracjach 2/1, 4/1, 5/2. Tempo nie zachwycało. Było to na początku 6-6,5min/km przerywane marszem, ale zawsze było to coś. Znowu zaczynałem biegać. Kolano raz bolało, raz nie, ale miałem wrażenie, że wszystko idzie w dobrą stronę. Potrzeba było trochę cierpliwości…Ruszyłem z bieganiem, ale coś przytkało się na basenie i rowerze, a także w mojej głowie. Coś z tymi moimi treningami było chyba nie tak… A to już połowa marca…. Co robić?

– PAWEŁ RATUJ…
– WŁAŚNIE O TOBIE MYŚLAŁEM …

Znowu długa rozmowa  z trenerem i od następnego tygodnia ruszyłem z realizacją planu treningowego. Tyle, że wszystkie treningi biegowe zostały zastąpione marszobiegami. Wszystko na nowo nabrało dla mnie sensu, zaczęło ponownie układać się w logiczną całość i co najważniejsze wróciła mi motywacja. Kolejne dni, tygodnie z planami w ręku i forma idzie w górę. Na basenie zacząłem urywać kolejne sekundy i jak nigdy zacząłem jeździć wyraźnie szybciej na rowerze. Po drodze do Frankfurtu wystartowałem kontrolnie w dwóch 10-kach i w warszawskiej 5i50. Okazało się, że kolano dało radę ciągłemu biegowi na wszystkich startach, więc chyba byłem gotowy na Frankfurt.

PRZED STARTEM

Strategia na start we Frankfurcie była prosta. Nie walczyłem o czas. Miałem spokojnie popłynąć, nie zajechać się na rowerze i spokojnie Gallowayem (przetestowanym interwałem 4min/1min) ukończyć maraton. Miała to być dla mnie wspaniała przygoda w towarzystwie 3000 innych startujących osób. I jak się okazało, była to przygoda mojego życia. Wszystko zagrało! 9 lipca o godz. 4.30, kiedy szykowałem się do wyjazdu na linię startu, jeszcze tego nie wiedziałem. Nadal miałem w pamięci wszystko, co poszło nie tak w poprzednim sezonie. Te myśli wcale nie pomagały … Całe szczęście po wejściu do strefy zmian nagle wszystko się zmieniło. Nabrałem jakiejś dziwnej wiary w to, że nic nie nawali i że dam radę ukończyć zawody bez żadnych przygód.

Start w Ironmanie

RUSZYLIŚMY…

Sygnał syreny i do wody ruszyli zawodnicy PRO. Jakieś 45 minut po nich byłem już w wodzie i rozpoczynałem swoją podróż. Rolling start, przejrzysta woda, świetnie oznaczona trasa i pływanie mogłem zaliczyć do najprzyjemniejszych ze wszystkich dotychczasowych moich startów. ….

Jeszcze tylko rower i bieg …. W T1 w ogóle się nie spieszyłem. Spokojna zmiana stroju, toi-toi, rower z wieszaka i ruszyłem w drogę. Szybki dojazd do Frankfurtu i rozpocząłem jedną z dwóch pętli. Trasa rowerowa to chyba najlepszy element tych zawodów. Nie można było się na niej nudzić. Ciągłe zmiany ukształtowania terenu, z ostrymi podjazdami w stylu TdF z wąskimi szpalerami utworzonymi z kibiców, zjazdami pozwalającymi dokręcać do 80-90 km/h, odcinkami po kocich łbach, ciągłymi przejazdami przez urokliwe mieścinki pełne świetnie bawiących się kibiców. Szybko zmieniający się krajobraz na trasie, niesamowicie uskrzydlający doping kibiców (doping, jakiego nigdy do tej pory nie spotkałem) sprawiły, że zanim się zorientowałem byłem już w T2.

Jadąc rowerem wiedziałem, że jest gorąco, ale dopiero po wybiegnięciu na trasę maratonu poczułem jak bardzo jest gorąco. Tego dnia trafił się szczyt upału. Było 33 st. C przy wilgotności powyżej 80%. Ale co tam…wiedziałem, że jeszcze tylko 4 godziny z hakiem i będę na mecie. Zacząłem robić swoje – 4 minuty biegu 1 minuta marszu, 4 minuty/1 minuta i tak do 30 km …. Kryzys musiał przyjść, żeby nie było zbyt pięknie. Poczułem jakieś lekkie skurcze w łydce i znane mi mrowienie w rękach. Zmieniłem rytm na 2 minuty biegu/2 minuty marszu. W 2 kolejnych punktach żywienia wlałem w siebie tyle coli i wody z solą, ile tylko mogłem, a wszystko po to, by uzupełnić węgle i sole mineralne. Pomogło i po ok. 3-4 km zupełnie wróciły mi siły. Mogłem znowu zasuwać w zaplanowanym rytmie 4/1.

Start w Ironmanie

FINISZ

Wreszcie, kiedy wkładałem na rękę ostatnią kolorową frotkę i kiedy do mety było już tylko około 4 km, wiedziałem, że nic się już nie wydarzy. Mogłem zacząć wyrzucać powtykane pod strój mokre gąbki i zacząć zapinać strój, żeby „ładnie” wyglądać na mecie. Nie jestem w stanie opisać radości, jaką czułem, gdy pod stopami miałem dywan z czerwoną M-ką. Udało się, udało się, udało się….. Dzisiaj, kiedy piszę ten tekst, nadal nie mogę przestać się cieszyć. Samą imprezą oraz tym, że wszystko wyszło tak, jak chciałem, że mam wreszcie medal bez kajakarza, że wreszcie nie muszę sobie nic udowadniać i że mogę wreszcie odpocząć od treningów 🙂

Start w Ironmanie

Teraz muszę zrekompensować rodzinie ostatnie 2 lata …

Wiem, że stanę jeszcze na starcie pełnego dystansu. Tym razem tylko i wyłącznie dla samej frajdy, dla poczucia tej niepowtarzalnej atmosfery.


Sebastian Hoffman | brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

polecane artykuły

Zrobiłam jednego Ironmana, to czemu by nie zrobić następnego?

Jak to z tym jednym, jedynym startem w Ironmanie było … (cz. I)

Karkonoszman – radość z triathlonu